
Rozdział Trzeci |
KOCHAMY SIĘ – TYLKO ŻE ... DZIECKO ! |

W dwóch pierwszych rozdziałach niniejszej, Trzeciej Części: „Młodzieńczość a Miłość”, próbowaliśmy przyjrzeć się sprawie powołania: czy to do życia w małżeństwie i rodzinie (Rozdz. 1), czy też w kapłaństwie i życiu zakonnym (Rozdz. 2). Obecnie wypada wrócić do właściwej tematyki naszej strony: moralnych aspektów związanych z planowaniem poczęć w małżeństwie. Trudno jednak nie nawiązać do etapu bezpośredniego przygotowania do małżeństwa, przede wszystkim zaś jedynego w swym rodzaju okresu życia: czasu narzeczeństwa.
Zgodnie z profilem naszej strony, rozważania krążą stale wokół etycznych aspektów obopólnych odniesień – w tym wypadku dwojga osób przeżywających czas swego narzeczeństwa. W poprzedniej Części (cz. 2) przedstawiliśmy uzasadnienie wiary, głęboko sprzężone z godnością człowieka jako osoby. Wiara każe nam przyjąć – i ukochać Dziesięcioro Bożych Przykazań. Zrozumieliśmy, że za Przykazaniami stoi nie ‘Kościół’, lecz sam Bóg. Czyli: Przykazania to nie ślepe, bezduszne przepisy ‘prawa moralnego’! Za nimi kryje się Bóg, który jest Ojcem. Jako właśnie Ojciec jest Bóg ‘ontologicznie’ niezdolny skrzywdzić jakiekolwiek stworzenie. A tym bardziej stworzenie swej szczególnej Miłości. Natomiast Ojciec ten nieustannie mobilizuje swój „Żywy Obraz”: mężczyznę i kobietę, by przerastał siebie samego, nabywając ‘podobieństwa’ nie do ‘materii’, lecz Tego, którego Wielkość i Świętość człowiek nieustannie odzwierciedla – jako Obraz Trójjedynego.
Głębsze zastanowienie się nad człowiekiem jako osobą w jego wezwaniu do życia wiecznego – również w życiu małżeńskim i narzeczeńskim, pozwala przejść obecnie do aspektów już bardzo praktycznych: etycznej oceny wzajemnych odniesień dwojga narzeczonych z punktu widzenia Przykazania VI względnie IX. Zobaczymy, że odwoływanie się do Bożych Przykazań staje się co prawda przyłożeniem niejako pieczęci pewności na ocenie odniesień dwojga ludzi w aspekcie ‘ciała i płci’. Niemniej gdyby nawet wchodzące tu w rachubę dwa Przykazania: VI i IX, nadal jeszcze nie doczekały się zapisu (Bóg przekazuje Przykazania przez Mojżesza ok. 1250 r. przed Chr.), w pełni by wystarczyła ocena etyczna wyrastająca z godności mężczyzny i kobiety jako osób, czyli z antropologicznej wizji ludzkiej osoby (zob dokładniej wyż. : Działania ‘CONTRA’. Gdzie tu Człowiek. Ocena antropologiczna – cały ten rozdział). Będzie się ona ponad wątpliwość w pełni pokrywała z Bożą oceną ludzkich działań.
Po dwóch dalszych rozdziałach niniejszej Części rysuje się zatem następujący plan szczegółowych pytań i rozważań:
W niniejszym rozdziale: Współżycie przed-małżeńskie a realna możliwość poczęcia – chcielibyśmy przyjrzeć się z dystansu na pospolicie wysuwane argumenty, które zdają się przemawiać ‘za’ podejmowaniem współżycia na etapie przedmałżeńskim. Wypada uwzględnić zróżnicowane aspekty tego zagadnienia, przede wszystkim natury psychologicznej i psychologiczno-fizjologicznej, które zdają się przemawiać za pełnym angażowaniem ciała i płci już na etapie „chodzenia ze sobą”. Zebrany materiał powinien posłużyć ku lepszemu zrozumieniu i zawierzeniu Bożemu Słowu, które i tu będzie miało głos decydujący. Będzie to zapewne głos wymagający, ale trzeba będzie przyznać mu słuszność jako jedynie możliwemu do akceptacji w aspekcie dobra prawdziwie ludzkiego wszystkich zainteresowanych.
Przystępujemy zatem do problematyki typowo młodzieńczej: ‘gorącej’! Formułuje się ją zwykle następująco: Czy ‘wolno’ czy nadal ‘nie wolno’ współżyć przed ślubem? Problematyka ta pojawia się nierzadko w formie niezwykle ostrych dyskusji, często pełnych agresji, a przynajmniej żalów pod adresem Kościoła (a raczej: ... Boga), łącznie z całym arsenałem oskarżeń i sprzeciwu przeciw ‘księżowsko-papieskim’ przepisom w zakresie seksualizmu, które nie są zdolne stawić czoła potrzebom rozbudzonego dzisiejszego chłopca i dziewczyny.
Piszącemu te słowa wypada jeden raz więcej zwrócić się do Drogich Czytelników z serdeczną prośbą. Pisze tu kapłan – katolicki, który – jak mu Pan doda sił – nie wyprze się Ukochanego Mistrza i Pana, Jezusa Chrystusa: Boga-Człowieka. Kapłan ten (i zakonnik w jednej osobie) będzie tu przedstawiał oczywiście ocenę Bożą i tym samym Kościoła Katolickiego opisywanych zagadnień. Na pewno jednak nie będzie to pomyślane jako ‘siłowe’ nawracanie kogokolwiek na katolicyzm. Będzie to natomiast nadal serdeczna i w jakimś sensie ‘kochająca’ prośba, by również Drogi Czytelnik zechciał się uśmiechnąć do jakoś tu chyba przezierającego osobowego Boga który jest – Miłością, żeby – jeśli to możliwe – odnieść bodaj nieco dobra: dla siebie, a może dla wielu innych, z ukazywanej tu długiej lektury.
A. W OBLICZU MOŻLIWOŚCI POCZĘCIA |

Czy sięganie po prawdziwe DOBRO |
Stawanie się „dwoje jednym ciałem” wiąże się w swej strukturze i swym dynamizmie nierozdzielnie z jego dwojaką celowością:
1. stopienie się darowujących się sobie osób w „jedno w miłości” (ukierunkowanie na miłość-zjednoczenie);
2. zjednoczenie dwojga ludzi w narządach płciowych jest nie-możliwe bez wyzwalającej się wtedy dynamiki aktu. W przeżyciu męża-mężczyzny stwarza ono podłoże, na którym może wzejść nowe Ludzkie Życie. Przytoczymy ponownie poprzednio już rozpatrywane słowa z Humanae vitae Pawła VI (por. wyż.: Zjednoczenie w miłości otwarte na rodzicielstwo – wraz z dalszym kontekstem); oraz: Oddanie OSOBY wpisane w strukturę i dynamizm aktu – wraz z kontekstem):
„Nauka ta [wewnętrzny ład aktu] ... ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać – między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności – i oznaczaniem rodzicielstwa.
Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego Życia” (HV 12; por. FC 32).
Papież mówi o współżyciu w już istniejącym małżeństwie. My zastanawiamy się nad podejmowaniem zbliżeń na etapie przed-małżeńskim. Poszukujemy bezstronnej odpowiedzi na pytanie, czy współżycie zdolne jest wyrażać w tych warunkach wzajemną miłość ?
Partnerzy przedślubni mają na względzie niewątpliwie pierwszą z celowości stosunku: pragną stać się przynajmniej w jakimś sensie „dwoje jednym ciałem”. Pomijamy na razie pytanie, czy ci dwoje rzeczywiście zmierzają do jedności w miłości w znaczeniu darowania się sobie całościowo: ciałem i duszą – z zapatrzeniem się bez reszty w wielopoziomowe dobro tego drugiego – i swoje własne. Miłość z natury swej musiałaby być nierozerwalna i trwała, czyli nieodwołalnie przypieczętowana: małżeńska. Ci dwoje zaś małżeństwem nie są, chociażby sądzili, że niebawem staną się nim na zawsze. Istotną cechą narzeczeństwa jest wolność w decydowaniu się na nie. Dopiero wraz ze ślubem więź tych dwojga otrzyma pieczęć aktu nieodwołalnego i nierozerwalnego.
Niezależnie od tego należy stwierdzić: dobrem rzeczywistym jest coś dopiero wtedy, gdy mieści się w pasmie napromieniowanym światłem Bożych Przykazań. Odwołamy się ponownie do wypowiedzi Namiestnika Chrystusowego, który człowiekowi współczesnemu, nierzadko zagubionemu w zamęcie panującego konsumpcjonizmu, przybliża same podstawy oceny moralnej czynów:
„O moralnej jakości czynów stanowi relacja między wolnością człowieka a prawdziwym dobrem. Dobro to ustanowione jest, jako odwieczne prawo, przez Mądrość Bożą, która każe każdej istocie zmierzać do jej celu...
– Działanie jest moralnie dobre, kiedy wybory dokonywane przez wolność są zgodne z prawdziwym dobrem człowieka i tym samym wyrażają dobrowolne podporządkowanie osoby jej ostatecznemu celowi, to znaczy samemu Bogu: najwyższemu Dobru, w którym człowiek znajduje pełne i doskonałe szczęście ...
– Odpowiedź Jezusa [na pytanie z Mt 19,16: ‘Co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne’] i odwołanie się do Przykazań oznacza też, że Drogą do celu jest przestrzeganie Bożych praw, które chronią dobro człowieka. Tylko czyn zgodny z Dobrem może być drogą wiodącą do Życia ...
– Działanie jest moralnie dobre, gdy poświadcza i wyraża dobrowolne podporządkowanie osoby jej ostatecznemu celowi oraz zgodność konkretnego działania z dobrem człowieka, rozpoznanym w jego prawdzie przez rozum.
– Jeśli ten przedmiot działania NIE współbrzmi z prawdziwym dobrem osoby, to wybór takiego działania sprawia, że nasza wola i my sami stajemy się moralnie źli, to znaczy, że sprzeciwiamy się naszemu ostatecznemu celowi i najwyższemu dobru – czyli samemu Bogu” (VSp 72).
Na tym tle wypada przypomnieć, iż istnieją czyny, których przedmiot jest z natury swej, tzn. sam z siebie i „wewnętrznie” – zawsze zły. Z tego względu żadne jakiekolwiek okoliczności, ani najlepsza intencja osoby działającej, nie są zdolne zmodyfikować obiektywnego „zła” owego czynu – jako samego w sobie złego:
„Pierwszym i decydującym elementem oceny moralnej jest przedmiot ludzkiego czynu, który decyduje o tym, czy można go przyporządkować ostatecznemu dobru i celowi, którym jest Bóg ...” (VSp 79).
„Dzięki świadectwu rozumu wiemy jednak, że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których NIE można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby, stworzonej na Jego Obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są ‘wewnętrznie złe’: są złe zawsze i same z siebie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a nie zależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności” (VSp 80).
Tutaj schodzi Jan Paweł II w przytaczanej encyklice Veritatis Splendor [1993 r.] wprost do odniesień płciowych, o których właśnie mówimy:
„Na temat czynów wewnętrznie złych, związanych z praktykami antykoncepcyjnymi, przez które akt małżeński zostaje z rozmysłem pozbawiony płodności, Paweł VI naucza:
– ‘W rzeczywistości... chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś zła większego lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego, co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństwa” (VSp 80).
Ojciec święty kończy ten fragment odesłaniem do Słowa-Bożego-Pisanego, tzn. do Pisma świętego, w którym Bóg wskazuje na szereg tego rodzaju „czynów wewnętrznie złych”, dodając do wyliczeń krótkie podsumowanie:
„... ‘Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy – nie odziedziczą Królestwa Bożego [1 Kor 6,9n]’.
– Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny ‘nieodwracalnie’ złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby” (VSp 81).
Miłość czy samozaspokojenie |
Jeśli narzeczeni będą szczerzy, wyznają, że domaganie się „prawo do współżycia” budzi się pod naciskiem przymusu ciała, które zdąża do przyspieszonego doznawania przeżyć właściwych dopiero małżeństwu. Partnerzy przedślubni musieliby wyznać, że nie poszukują tych przeżyć jako bezinteresownego życzenia temu drugiemu dobra – doczesnego i wiecznego [kierunek OD-środkowy], lecz jako doznania własnej przyjemności przeżycia poprzez tego drugiego [dynamizm DO-środkowy]. Ten „drugi” jest potraktowany jako narzędzie dla uzyskania dzięki niemu egoistycznie poszukiwanej satysfakcji. Tych dwoje łączy przeżycie seksualne, ale nie komunia miłości, która darowuje się obopólnie sobie nawzajem, świadoma samoposiadania siebie jako warunku wolności daru. Wbrew pozorom, ten drugi nie jest poszukiwany „dla niego samego”: jako on-serce, ona-serce. Intryguje wszystko ogarniająca płeć, proponująca atrakcyjne przeżycie.
Innymi słowy ci dwoje zmierzają w tej chwili nie do stanowienia „jedno w miłości” jako komunii osób, chociażby byli uczuciowo związani. Miłość prawdziwa i życzenie sobie rzeczywistego dobra definitywnego, otwartego na komunię z Bogiem Przymierza, schodzi na dalszy plan – wobec możliwości zapewnienia sobie już teraz przyjemności seksualnej, przeżywanej jako siebie-zadowolenie.
Nie przyjmują oni w tej chwili do wiadomości tej drugiej, nierozłącznie z pierwszą złączonej celowości aktu: jego dynamiki, która otwiera się na rodzicielstwo. Ich miłość nie chce słyszeć o uwiecznieniu ich jedności w postaci gotowości na przyjęcie potomstwa. Tym samym jednak nie chcą oni być w tej chwili całkowitością daru dla siebie nawzajem. Tymczasem dynamizm aktu wyrażający się potencjalnością rodzicielską jest weń wpisany jako rzeczywistość przerastająca ich kompetencje. Oboje przeżywają potencjalność rozrodczą ‘zagarniętego’ w tej chwili aktu – jako nie-pożądany aspekt poszukiwanych przeżyć. Stwierdzenie to rzuca samo przez się światło na jakość ich miłości. To już nie dar!
Gdyby zaistniało Dziecko ... |
Partnerzy poddający się sile przymusu ciała zdają sobie sprawę z realnej możliwości poczęcia w następstwie podjętego aktu. Potencjalność rodzicielska, wpisana w akt płciowy, nie pochodzi ani od człowieka ani medycyny, lecz jest wyrazem Bożego ustanowienia. Ponieważ jednak oni na rodzicielstwo aktualnie się nie nastawiają, uciekają się zwykle do manipulacji przeciw-poczęciowych. Jeśli podejmują współżycie pełne – bez antykoncepcji, dzieje się to bądź z głębokiej ignorancji, bądź krańcowego braku poczucia odpowiedzialności; bądź wreszcie działanie ich świadczy o zdominowaniu przymusem ciała, który nie dopuszcza żadnego myślenia. ‘Miłość’ ich to instant-sex: dostęp do narządów płciowych już teraz, zaraz!
W normalnych warunkach nikt z partnerów narzeczeńskich nie nastawia się na dziecko. Zwykle brak mieszkania, warunków do wychowania potomstwa. Więź partnerska jest często nie ustabilizowana. Oboje zachowują wolność odejścia. Nierzadko wiek obojga jest zbyt młody. Młodzi często już od dawna współżyją, a ani razu nie rozmawiali o samej w ogóle możliwości małżeństwa! Niekiedy ani jedno ani drugie nie potrafi powiedzieć, czy tego drugiego kocha, ani co to jest ‘miłość’. Chcą oni wszystkiego innego, ale nie dziecka. Domagają się udostępnienia sobie sfery genitalnej [narządów płciowych], która działa jako przemożnie narzucająca się magia i atrakcja. Chociaż zaś radykalnie odcinają się od myśli, żeby mogło dojść do ciąży, raz po raz następuje poczęcie przed ślubem. Również u tych, którzy powiadają, że czują się tu pewni i nic ich nie zaskoczy.
Zaistnienie Dziecka w warunkach przedmałżeńskich wiąże się z perspektywą wielorakiej klęski: tak dla dziecka, jak matki, a na swój sposób dla męskiego partnera. Ci dwoje mogą stanąć nagle wobec radykalnej zmiany swego statusu. Z nie skrępowanego kawalera i panny, poszukujących siebie jako ‘kochanków’, mogą ku swemu przerażeniu stać się w jednej chwili panieńskimi rodzicami ...
Trudno zaprzeczyć, że dziecko ma prawo, by zostało poczęte i urodzone w ustabilizowanym małżeństwie. Łamanie tego prawa nie może nie być ciężkim przewinieniem moralnym przeciw jego godności. Dziecko powinno być miłowane przez rodziców „dla niego samego”. Tymczasem ci dwoje chcą wtedy ‘się’ pokochać. Absolutnie nie nastawiają się na dziecko. Niemożliwe zaś, by szok dziewczyny po zorientowaniu się, że zaszła w ciążę, nie wyraził się niekorzystnie na biopsychice dziecka. Doznałoby ono od matki i ojca wszystkiego innego, a nie miłości.
Dla dziewczyny panieńskie macierzyństwo staje się stresem niezwykle trudnym do rozegrania. Któraż dziewczyna wolałaby w takich okolicznościach nie być znamionowana podjętym stosunkiem, serdecznie pragnąc, by z tego właśnie powodu ‘dziecka nie było’!? Wpływ psychiki na całą jej fizjologię zmierza w kierunku ‘nie’ w stosunku do dziecka. Wyraża się to mimowolną agresją względem niego jako bardzo „nie-pożądanego”!
Jeśli zatem uwzględnić dobro i prawa Dziecka poczętego w takich warunkach, trudno podważyć wniosek, że współżycie przedmałżeńskie z samego tego tytułu nie może nie być ciężkim przestępstwem przeciw miłości względem nawet tylko potencjalnego potomstwa. Partnerzy zgotowaliby mu warunki przyjścia na świat w okolicznościach NIE-miłości. Stwierdzenia tego nie można rozpatrywać jako wyrazu przesady oratorskiej. Sam wzgląd na możliwość poczęcia wskutek wyzwolonego mechanizmu działań ukierunkowanych na rodzicielstwo każe stwierdzić, że nie ma szans, by chociażby tylko jedno jedyne współżycie przed ślubem mogło stać się wyrazem miłości jako bycia-bezinteresownym-darem-‘dla’. Cechą miłości jest życzyć komuś dobra „dla niego samego”: tego umiłowanego. Stosunek przedmałżeński jest każdorazowo świadectwem postawy przeciw-miłości. Skoro więc działanie tych dwojga – miłości nie buduje, znaczy to, że ją burzy. Chociażby to stwierdzenie kogoś oburzało – jako ingerowanie w sprawy „prywatno-intymne”.
Stąd wniosek natury psychologicznej, antropologicznej, biologicznej i humanitarnej: nie wolno podejmować współżycia, dopóki związek dwojga osób nie doczeka się przypieczętowania w postaci zawartego ślubu małżeńskiego. I inaczej być nie może. Nie ma szans przekucia stosunku płciowego na etapie narzeczeńskim w wyraz miłości-daru. Nie może on nie być każdorazowo złem w sensie obiektywnym, chociażby właśnie ze względu na wrogą postawę względem potencjalnego potomstwa. Nazwanie współżycia pomimo wszystko ‘miłością’ jest sofistyką, za którą nietrudno rozpoznać Złego. Szatanowi udaje się w tej z kolei dziedzinie często niezwykle łatwo „zwodzić” (Ap 12,9) Młodych, ale i Starszych. Są oczywiście i tacy, którzy odbywają stosunki w świadectwie swego cynizmu. Ich obchodzi jedynie Instant-Sex, chociażby on miał być osiągany ‘po trupach’ zaistniałych wtedy dziecka za dzieckiem ...
Dziewczyna-matka i nie zamierzone ojcostwo |
Jeżeli możliwość poczęcia wiąże się z dramatem dla Dziecka, dotyczy to szczególnie dziewczyny-Matki. Jej nie-chciane macierzyństwo niebawem się ujawni. Stanie się ono źródłem jej granicznie trudnych przeżyć. Niektórzy, może sami nie wolni od winy, wytykają z przekąsem dziewczynę ciężarną. Cieszą się złośliwie z jej ‘wpadki’: że to zasłużona ‘kara’! Może to i słuszne. Ale jedynie w sensie ujawnienia jej kontaktów seksualnych, bo grzechu partnera nie widać ...
W Turcji i innych krajach mahometańskich dochodzi łatwo do ukamienowania dziewczyny w ciąży, chociażby ciąża była wynikiem gwałtu (zob. np. ‘Kurier der Christlichen Mitte’ [miesięcznik: Kurier Centrum Chrześcijańskiego. Niemcy wg Bożych Przykazań], Marzec 2004/3,3: ‘Frauen-Morde in der Türkei’ [Mordy na kobietach w Turcji]: 15-letnia Kadriye Demirel ukamienowana przez swego brata z powodu zajścia w ciążę. Wiele kobiet popełnia w podobnej sytuacji samobójstwo ...).
Sytuacja kobiety świadczy wtedy jeden raz więcej o dominacji seksualizmu męskiego. Mężczyzna sprowadza kobietę do rzędu żywego narzędzia do eksploatowania jej potencjalności seksualnej dla swojej przyjemności. Te swoje doznania seksu osiągane z pomocą jej ciała określa dla zmylenia jej czujności mianem ‘miłości’. Jan Paweł II piętnuje tę niesprawiedliwość w nawiązaniu do opisu Ewangelii o kobiecie przyłapanej na grzechu (J 8):
„Jezus mówi w końcu do niej samej: ‘Więcej nie grzesz’, ale przedtem wywołuje świadomość grzechu u mężczyzn, którzy ją oskarżają, aby ją ukamienować; wyraża w tym swą dogłębną zdolność widzenia w prawdzie – sumień i czynów ludzkich. Jezus zdaje się mówić oskarżycielom: czyż ta kobieta wraz ze swoim grzechem nie jest równocześnie i przede wszystkim potwierdzeniem waszych przestępstw, waszej ‘męskiej’ niesprawiedliwości, waszych nadużyć?
– Jest to prawda, która ma ogólnoludzki zasięg. Wydarzenie zapisane w Janowej Ewangelii może się powtórzyć w nieskończonej liczbie sytuacji analogicznych w każdej epoce dziejów. Kobieta jest pozostawiona samotnie pod pręgierzem opinii ze ‘swoim grzechem’, podczas gdy za tym ‘jej’ grzechem kryje się mężczyzna jako grzesznik, winny ‘grzechu cudzego’, co więcej, jako zań odpowiedzialny. Jednak jego grzech uchodzi uwagi, zostaje zamilczany: on zdaje się nie ponosić odpowiedzialności za ‘grzech cudzy’! Czasem staje się on wręcz oskarżycielem, jak w wypadku opisanym, niepomny swego własnego grzechu. Ileż razy w sposób podobny kobieta płaci za swój grzech (może nawet i ona winna jest niekiedy grzechu mężczyzny jako ‘grzechu cudzego’) – płaci jednak ona sama i płaci samotnie! Ileż razy zostaje samotna ze swoim macierzyństwem, gdy mężczyzna, ojciec dziecka, nie chce przyjąć odpowiedzialności? ...” (MuD 14).
Wypada przytoczyć tu inny jeszcze fragment z Jana Pawła II – z jego Listu do Rodzin. Dotyczy on co prawda małżeństwa, ale tym bardziej sytuacji partnerów przedmałżeńskich czy poza-małżeńskich. Ojciec święty nawiązuje w tym momencie do aktu zjednoczenia płciowego:
„Moment zjednoczenia małżeńskiego jest najbardziej szczególnym doświadczeniem tego właśnie daru [bezinteresowności, oraz bycia-darem]. Mężczyzna i kobieta, w całej ‘prawdzie’ swej męskości i kobiecości, stają się w tym momencie wzajemnym darem dla siebie. Całe życie w małżeństwie jest darem, ale odnosi się w sposób szczególny do tego właśnie momentu, kiedy małżonkowie oddając się sobie wzajemnie w miłości, urzeczywistniają to spotkanie, które czyni z nich dwojga ‘jedno ciało’ [Rdz 2,24].
– Jest to równocześnie moment... szczególnej odpowiedzialności ze względu na potencjalne rodzicielstwo związane z aktem małżeńskim. Oto w tym właśnie momencie mogą stać się ojcem i matką, dając początek procesowi nowego ludzkiego istnienia, które z kolei dokonuje się w samej kobiecie.
– To ona jako pierwsza wie, że stała się matką, a dzięki jej świadectwu mężczyzna, z którym łączyła ją ‘jedność w ciele’, uświadamia sobie z kolei, że stał się ojcem.
– Za to potencjalne, a następnie zaktualizowane rodzicielstwo, on jest odpowiedzialny wspólnie z nią. Nie może nie uznać, czy też nie przyjąć tego, do czego on sam również się przyczynił. Nie może mówić: ‘nie wiem’, ‘nie chciałem’, ‘ty chciałaś’.
– Zjednoczenie małżeńskie w każdym przypadku angażuje odpowiedzialność obojga. Jest to odpowiedzialność potencjalna, trzeba jednak, ażeby potwierdziła się ona jako aktualna w konkretnych okolicznościach. Odnosi się to w sposób szczególny do mężczyzny, dlatego że on będąc także sprawcą rodzicielstwa, równocześnie jest od niego biologicznie oddalony. Ten proces w całości dokonuje się w kobiecie. Czyż jednak mężczyzna może pozostać obojętny? Za nowe, wzbudzone przez nich życie mężczyzna i kobieta są wspólnie odpowiedzialni wobec siebie samych i wobec innych ludzi” (LR 12).
Jeśli partnerzy stosunków płciowych przeżywają w chwili uprawiania intymności seksualnej jakiś lęk, dotyczy on często, niestety, nie tyle ich odpowiedzialności wobec Boga, którą często świadomie spychają i zagłuszają, co przed ludzkimi konsekwencjami grzechu. Uwydatnia to już autor biblijny:
„Człowiek popełniając cudzołóstwo
mówi swej duszy: ‘Któż na mnie patrzy?
Wokół mnie ciemności, a mury mnie zakrywają,
nikt mnie nie widzi: czego mam się lękać?
Najwyższy nie będzie pamiętał mych grzechów’.
Tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego,
a zapomina, że oczy Pana
nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,
patrzą na wszystkie drogi człowieka
i widzą zakątki najbardziej ukryte ...” (Syr 23,18n).
Uprawiania seksualizmu na tym etapie życia Bóg nie może błogosławić. Bóg stworzył oboje jako osoby i pragnie przebywać w ich sercu na stałe. Skoro oni – osobami być nie chcą , a sprowadzają siebie do roli rzeczy do użycia, Bóg odchodzi z ich serc, zgodnie z ich czynem wyrażonym życzeniem; w założeniu bezpowrotnie. Oczywiście oboje nadal nieodstępnie pozostają osobami! Łącznie z niezbywalną odpowiedzialnością sprawozdawczą, m.in. z racji nieuprawnionego wkraczania na teren będący domeną ściśle Bożą.
Sama ciąża nie jest ‘karą’. Bóg i w tym wypadku posłusznie stosuje się do działań tych dwojga, tym razem grzesznych. I ponad wątpliwość obdarzy Życiem osobowym powstałego Nowego Człowieka. Sam On, Stworzyciel, tego Nowego Człowieka oczywiście miłuje „... dla niego samego” – wbrew działaniu jego niegodnych rodziców, którzy dziecka zdecydowanie mieć nie chcą. Życie jest zawsze Bożym darem, chociaż tenże Bóg będzie dogłębnie oburzony z racji roszczenia do dysponowania źródłami Życia i Miłości na przekór Jego Woli.
Znów nasuwa się pytanie podsumowujące: Czy narażenie dziewczyny na perspektywę ciąży można nazwać mianem miłości – jeśli już nie względem potencjalnego Dziecka, to względem niej, potencjalnej matki?
Pozostaje chłopiec. I on może uświadomić sobie nieoczekiwanie fakt, który staje przed nim jak grom z jasnego nieba: że został ... ojcem wskutek nie-panowania-sobie-samemu, albo pogardy w obliczu swej niezbywalnej odpowiedzialności. Przeraża niedojrzałość psychiczna niejednego młodzieńca na widok dziewczyny. Jej ciało działa na niego nie jako objawienie jej osoby, lecz jako obiekt: płeć. Spogląda na nią w sposób granicznie zawężony, nie myśląc o tym, by ją ogarnąć miłością całościowo. Zawęża uwagę do jej ciała jako magicznej siły seksu, którego poszukiwanie maskuje kryptonimem „dowodów miłości”.
Chłopiec nierzadko bardziej niż dziewczyna, nie zastanawia się nad możliwością poczęcia. Chce zaspokoić swoje roznamiętnienie, wzmagające się w bliskości z dziewczyną. Serce jego i jego zamierzenie-intencja jest opanowane wszystkim innym, a nie miłością. Zapewnianie o „dowodach miłości” i przynaglanie, by mu się udostępniła, są wyrazem jego – a może i jej – (poczytalnej) niedojrzałości psychicznej i ignorowania odpowiedzialności, jeśli już nie bezhonorowego okłamywania w żywe oczy rzekomą miłością. Nie kocha w tej chwili ani, ani jej, ani potencjalnego potomstwa. Wmawiając sobie, że w poczuciu swojej autonomii stać go na zrzucenie jarzma niewygodnego „Przykazania”, zgadza się dobrowolnie, by zniewolił go przymus ciała i płci. Gdy ci dwoje decydują się na intymność na tym etapie życia, dają wyraz swej nie-wolności. Gdyby byli wolni, wiedzieliby, że współżyć nie muszą. I odpowiednio do tego by się zachowywali.
Prowokacyjne zachowania dziewczyn-kobiet |
Wypada uświadomić z kolei dziewczętom i kobietom wieloraką odpowiedzialność, jaka wiąże się z takim czy innym ubieraniem się i zachowaniem w aspekcie seksu. Kobiety – zarówno młode, jak i starsze – ubierają się nagminnie bardzo prowokacyjnie, jeśli nie wręcz bezwstydnie. Dziewczyna i kobieta dobrze wie, czemu kupuje taki, a nie inny detal swego stroju. Chociażby zaś aktualnie panowała jakaś określona super-moda, zakupy odzieży nie są wynikiem ‘musu’, lecz świadomego i dobrowolnie dokonywanego wyboru. Czyżby kobieta właśnie w TYM zakresie miała przestać być wolną? I miała „płynąć nurtem mody jak już nie-żywa ryba”?
Ze sposobu ubierania się kobiety czy dziewczyny wypływa jednoznaczny wniosek: „Proszę bardzo! Jestem gotowa! Staję... otworem! Czekam! ” Tego jej głośnego, choć słownie nie formułowanego wniosku nie zdoła zmylić żadne, pozornie usprawiedliwione, jej tłumaczenie się. Rzeczywistość, o jakiej ona całą sobą świadczy, trzeba określić trafnym wyrażeniem pochodzącym z łaciny – w całym jego źródłowym znaczeniu filologicznym [językowym]: kobieta ta prezentuje się jako ‘prostytutka’. Takie jest podstawowe znaczenie łacińskiego czasownika: prostítuo: pro = jestem ‘dla’ ; prô-sto, względnie dokładniej: pro-stí-tuo znaczy: wystawiam się na kupno-sprzedaż; jestem gotowa do bycia-użytą dla uprawiania nierządu.
Kobiety nie wytłumaczą się w oczach Bożych z „grzechów CUDZYCH”, których stały się powodem przez sam swój strój i konsekwentnie: płynące stąd zachowanie. Są to grzechy wyzwalane przez świadomie dobierany, prowokacyjny sposób ubierania się w wyniku perfidnie dobieranego odsłaniania i charakterystycznie pomyślanego zakrywania znamion swej kobiecości. Owych grzechów cudzych może być w tej sytuacji setki, tysiące i miliony, ilekroć kobieta wystawia się jako „żywy obiekt” do oglądania na ekranach, w magazynach czasopism ilustrowanych i w kontaktach towarzyskich. Kobieta z łatwością potrafi podsycać pożądliwość seksualizmu męskiego, grając świadomie na słabości jego pożądliwego spoglądania, nasuwając pożądliwe wyobrażenia, jeśli już nie wprost prowokując dotykanie i oczekiwane działanie. Czy nie-myślenie o tych wszystkich konsekwencjach grzechów cudzych zdoła zmniejszyć w oczach Bożych, ale i ludzkich – poczytalność nieprzeliczonych rzesz kobiet? Rzutuje to oczywiście również na ważność niejednej Spowiedzi świętej sakramentalnej, chociażby tylko w postaci grzechów zatajonych.
Nie może to nie dotyczyć niekiedy odrażająco nieprzyzwoitego stroju kobiet, wstępujących do kościoła. Dla kapłana – publiczne zwracanie uwagi na temat stroju kobiet w kościele jest sprawą niezwykle żenującą i niezręczną. Kobiety powinny same wiedzieć, co wypada – a co nie wypada w kościele. Niektóre kobiety wyglądają w kościele autentycznie bezwstydnie. Gdyby się to działo w Bazylice św. Piotra w Rzymie, Szwajcar by pań w takim stroju do Bazyliki nie wpuścił. Jeśli spódnica czy suknia jest skrojona równo z kroczem, nie pomoże jej nieustanne naciąganie przy siedzeniu na ławce. To samo dotyczy spódnic długich aż do podłogi, ale z rozcięciem niemal aż do centrum brzucha. Tak samo trzeba ocenić nierzadko wyraźnie prowokacyjnego demonstrowania wdzięków górnej części ciała.
Niektóre kobiety bywają bardzo ‘łatwe’, a może po prostu chętne, do stawania się obiektem do oglądania, czy nawet obmacywania. Po tej linii układa się rozpętany obłęd urządzania konkursów i eliminacji „Miss Piękności”. Wielu lekarzy potwierdza, że owe ‘miski’ są najlepszym, w pełni gotowym materiałem do uprawiania prostytucji – z wszelkimi tego konsekwencjami.
Prawo do nieskazitelnej przeszłości rodziców |
Staramy się ograniczać rozpatrywaną argumentację w miarę możności do aspektów głównie antropologiczno-psychologicznych miłości – jako wyrazu życzenia dobra temu umiłowanemu. W zasadzie pomijamy poprzednio już poruszane, nieuniknione teologiczne wydźwięki omawianej tematyki (zob wyż. : Ład i Pokój aktu zjednoczenia – cały rozdział 1-szy; i z kolei: Działania ‘CONTRA’: Gdzie tu człowiek? Ocena antropologiczna – cały rozdział) . Nic nie zmieni jednak faktu, że oboje partnerzy są niezmiennie wezwani do otwierania się na Przymierze z Bogiem. Właścicielem podarowanej płciowości jest niezbywalnie sam tylko Bóg. Nikt nie wezwany nie ma prawa poruszania się po tym terenie: zastrzeżonym.
Stale budzi się nieuniknione pytanie: czy uwzględnienie możliwości poczęcia w następstwie podjętego współżycia przed ślubem – zdolne jest przekuć stosunek w wyraz miłości? Z którego by punktu widzenia na nie nie spojrzeć dochodzimy do stwierdzenia: stosunki płciowe przedślubne stają się działaniem skierowanym wprost przeciw miłości pojmowanej jako dar. Niszczą one miłość – zarówno w pionie: Bóg a ci dwoje, jak i w poziomie: miłość tych dwojga oraz potencjalnego potomstwa.
Do powyższych refleksji dochodzi jeszcze jeden wzgląd. Dziecko, chociażby tylko potencjalne, ma prawo do nieskazitelnej przeszłości rodziców. Czy partnerom przedślubnym wolno twierdzić bez zmrużenia oka, że to co się między nimi obojgiem rozgrywa, jest ich prywatną sprawą i że nie może to obchodzić kogokolwiek, nie wyłączając ich przyszłych dzieci? Niepodobna, by dziecko nie przeżyło głębokiej rozterki, gdy sobie uświadomi, że jest dzieckiem ... przedślubnym, tzn. nie-ślubnym, chociażby je potem rodzice uznali za swoje. Dziecko stanie wobec tego faktu jako dojmującego upokorzenia swej godności i wyrządzonej sobie krzywdy, gatunkowo bez wątpienia ciężkiej. Ono nie chce mieć takich rodziców: niegodnych powołania do rodzicielstwa; i ma też prawo do tego. Dziecko dozna kiedyś rumieńca wstydu za rodziców, że zostało poczęte w okolicznościach niegodnych ich samych – oraz jego, owocu ich ówczesnej nie-miłości. Nie zasłużyło na tę krzywdę. A przecież ujawni się to prędzej czy później, szczególnie gdy zacznie kompletować dokumenty przed ważnymi decyzjami życia.
Omówione względy prowadzą wciąż do wniosku: trudno ze spokojnym sumieniem podtrzymywać zdanie, jakoby stosunki przedmałżeńskie mogły nie być ciężkim przewinieniem przeciw miłości bliźniego, gdy za tego bliźniego uznać potencjalne potomstwo. Przynajmniej z tego względu należy nazwać uprawianie ‘seksu’ na tym etapie życia po imieniu: jako wyrazu wielorakiej PRZECIW-miłości.
B. ZWIĄZEK – A MOŻE DZIECKO – „NA PRÓBĘ” ? |

Całkowitość daru siebie samego – „na próbę” |
Wielu odwołuje się z kolei do opinii, że przed ślubem muszą się „poznać” seksualnie. Chcą się upewnić, czy współżycie w przyszłym małżeństwie przyniesie im satysfakcję. Co by to było, gdyby się okazało, że stosunki z tym partnerem w ogóle się nie udają! Lepiej zmienić partnera za wczasu, niż żyć w utrwalonym niedobraniu. – Istotnie, nietrudno znaleźć chłopców i dziewczęta, którzy układają się w coraz inne pary. Przelatują z kwiatka na kwiat, próbując współżycie z coraz inną osobą. Czasem proponują małżeństwo, by niebawem przejść do kolejnego kogoś innego, łudząc i oszukując podobną propozycją.
Partnerzy ci nie usiłują przyjąć do wiadomości, że NIE stosunki płciowe, lecz czułość nie angażująca sfery genitalnej daje w nadmiarze wgląd w erotyczne ‘dopasowanie’ w przyszłym małżeństwie. Sytuacja narzeczonych jest w tym aspekcie podobna do małżonków w dniach cyklu, kiedy to chociażby ze względu na potrzebę dystansowania poczęć nie powinni współżyć, odnosząc się zatem do siebie powściągliwie – i bez uciekania się do form zastępczych. Nawiązuje do tego Jan Paweł II. Słowa jego dotyczą wprawdzie małżeństwa, ale tym bardziej narzeczeństwa. Ojciec święty wskazuje na pozytywne skutki, jakie na rozwój czułości wywiera okresowe zaniechanie współżycia:
„Wybór rytmu naturalnego bowiem [tj. okresowej powściągliwości płciowej, w przeciwieństwie do antykoncepcji], pociąga za sobą akceptację cyklu osoby, to jest kobiety, a co za tym idzie, akceptację dialogu, wzajemnego poszanowania, wspólnej odpowiedzialności, panowania nad sobą ...
– Para małżeńska doświadcza, że ich wspólnota małżeńska ubogaca się takimi wartościami, jak czułość i serdeczność, które są czynnikami głęboko ożywiającymi płciowość ludzką, również w wymiarze fizycznym. W ten sposób płciowość zostaje uszanowana i rozwinięta w jej wymiarze prawdziwie i w pełni ludzkim, nie jest natomiast ‘używana’ jako ‘przedmiot’, który burząc jedność osobową duszy i ciała, uderza w samo dzieło stwórcze Boga w najgłębszym powiązaniu natury i osoby” (FC 32).
Samo współżycie płciowe nie jest w stanie dostarczyć pewności co do wzajemnego dopasowania seksualnego. Sytuacja narzeczonych zmieni się radykalnie, gdy staną się małżeństwem. Dopiero PO ślubie doświadczą istotnej różnicy w przeżywaniu wymiaru płciowego w małżeństwie – a stosunków podejmowanych może przed ślubem.
Powstaje zaś pytanie: o co chodzi młodym, którzy natarczywie domagają się wypróbowania seksualnego? Czy celem tych eksperymentów jest istotnie znalezienie godnego partnera na całe życie? W przystępie szczerości wyznaliby prawdopodobnie, że ostatecznie chodzi o zapewnienie sobie – póki czas i łatwa okazja – doznań seksualnych, z wyraźnym uchylaniem się od odpowiedzialności rodzicielskiej. Koncentrowanie uwagi na przyjemnościach, wraz z dawaniem upustu przymusowi ciała, ujawnia tendencję egoistyczną popędu: jego dynamizm DO-środkowy. Tak użyte ciało nie stwarza komunii osób, lecz pociąga za sobą rozchodzenie się obojga na poziomie serca. Pozostaje samo ciało i płeć – jako rzeczy eksploatowane dla „użycia aż do zużycia”, a nie budowania komunii. Na płaszczyźnie osobowej dokonuje się burzenie, a nie budowanie więzi, chociażby ci dwoje nie chcieli tego zauważyć. Wypróbowywanie się seksualne przed ślubem nie zamieni się w świadczenie miłości, której istotą jest stawanie się darem zmierzającym ku dobru – aż do tego definitywnego włącznie, a nie anonimowym wypróbowywaniem „obiektu” do wyżywania się.
Pytanie zasadnicze brzmi: Czy można pokochać ‘na próbę’? Czy we współżyciu można oddać komuś siebie w całkowitości daru – ale na razie tylko ‘na próbę’? Współżycie zmierza „zgodnie z pierwotnym dynamizmem obdarowania ‘całkowitego’, bez manipulacji i zniekształceń” (FC 32), do nieodwołalnego darowania sobie nawzajem swoich osób. Nie ma małżeństwa jako wspólnoty życia i miłości tylko ‘na próbę’. Ani ślubu miłości ‘na próbę’. Ślub jest czymś bezwarunkowym i nieodwołalnym, zawieranym z określoną – jedną osobą. I nie może być inaczej. Z całym ryzykiem losów owej miłości, która w najgorszym wypadku może się spotkać z cynizmem, a nawet sadystycznym zabijaniem początkowo proklamowanej miłości.
Zawieranie małżeństw „na próbę” staje się w niektórych środowiskach, albo i krajach, niemal normą. Oczywiście „ilość” grzechów nie-liczenia się z Bożym Przykazaniem nigdy nie przejdzie w ich odmienną „jakość”: jakoby wobec tego grzech wreszcie przestał być grzechem. Nie mógł nie nawiązać do tego Namiestnik Chrystusa:
„Pierwszą nieprawidłową sytuację stwarza tzw. ‘małżeństwo na próbę’, które wielu ludzi chciałoby dzisiaj usprawiedliwić, przypisując mu pewne zalety. Już sam rozum ludzki podsuwa niemożliwość jego akceptacji wykazując, jak mało jest przekonywające ‘eksperymentowanie’ na osobach ludzkich, których godność wymaga, aby były zawsze i wyłącznie celem miłości obdarowania bez jakichkolwiek ograniczeń czasu czy innych okoliczności” (FC 80).
Ojciec święty rozwija swój wywód w świetle Orędzia Ewangelii:
„Ze swej strony Kościół, ze względu na ostateczne, pierwotne, wypływające z wiary zasady, nie może dopuścić do takiego rodzaju związków. Z jednej strony bowiem, dar ciała we współżyciu fizycznym jest realnym symbolem głębokiego oddania się całej osoby; oddanie takie nie może w obecnym stanie człowieka urzeczywistnić się w całej swej prawdzie bez współdziałania miłości z ‘caritas’ [z miłością-darem całkowitym] daną przez Jezusa Chrystusa [miłość to dar dany ostatecznie od Boga].
Z drugiej strony, małżeństwo dwojga ochrzczonych jest realnym symbolem zjednoczenia Chrystusa z Kościołem, zjednoczenia nie czasowego czy ‘na próbę’, ale wiernego na całą wieczność; pomiędzy dwojgiem ochrzczonych nie może więc istnieć inne małżeństwo, aniżeli nierozerwalne” (FC 80).
Miłość nie jest sobą, jeśli nie wyraża się całkowitym darem siebie. Prawdziwa miłość cechuje się dynamizmem OD-środkowym: obdarowaniem sobą osoby umiłowanej „dla niej samej” (GS 24; RH 13; FC 32.37; itd.). Szczerości „bezinteresownego daru z siebie” zaczyna sprawdzać powolne obumieranie sobie, zdolne przebaczać i miłować pomimo być może swego wielorakiego ukrzyżowania. Tak tajemnicę tego, czym jest miłość, objawił Jezus Chrystus, który „sam... wie, co w człowieku się kryje” (J 2,25). Zakatowany na krzyżu – nadal niezłomnie kocha, a nawet usprawiedliwia niewierną Oblubienicę przed Ojcem. Kocha „aż do końca” (J 13,1), gdy Umiłowana zabija Go i krzyżuje (Hbr 6,6). W szczytowym momencie spotkania się oko w oko Miłości z grzechem woła Chrystus: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).
Odkupiciel nawiązuje do wierności w miłowaniu m.in. w zwierzeniach, jakimi zaszczycona została św. S. Faustyna Kowalska:
„Miłość czysta daje duszy moc w samym konaniu. Kiedy konałem na krzyżu, nie myślałem o Sobie, ale o biednych grzesznikach i modliłem się do OJCA za nimi” (DzF 324).
Słowa te uświadamiają, że Jezus Chrystus, „Świadek... ostatecznych przeznaczeń, jakie człowiek ma w Bogu samym” (LM 5), ukochał odkupionych nie jedynie „na próbę”. Pozostaje wierny miłości rzeczywiście „do końca” (J 13,1), a raczej ‘poza koniec’. Próba ta kosztowała Go niezwykle drogo, jak to wyraża św. Jan w parokrotnie już cytowanej charakterystyce:
„On bowiem jest Ofiarą przebłagalną
za nasze grzechy
i nie tylko za nasze,
lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,2).
„... ponieważ Bóg sam Pierwszy nas umiłował” (1 J 4,19).
To jest Miłość! Nie poświęca ona kogoś, lecz składa w darze dla ukochanych siebie. Małżeństwo jest instytucją zbyt poważną, by można było zakładać je ‘na próbę’, względnie pokochać w formie oddania szczytowego – ale jedynie na próbę.
Poczęcie „na próbę” |
To samo dotyczy choćby tylko jednorazowego uruchomienia dotąd jeszcze NIE funkcjonującego dla tych dwojga rytmu płodności. Gdy ci dwoje podejmą współżycie, chcąc nie chcąc wyzwalają energię, która dotąd drzemała jako siła utajona. Każdorazowe współżycie staje się zgodą na wyzwolenie jego konsekwencji rodzicielskich. Gdy nastąpi zapłodnienie, zaistnieje człowiek, chociaż na razie dopiero jednokomórkowy. Jest to jednak indywidualność odrębna od osoby ojca i matki. Ten Ktoś jest wyposażony od początku w pełny kod genetyczny, określający już w tym momencie wszystko, co się dopiero rozwinie: wygląd zewnętrzny, kolor oczu, konstytucję psychosomatyczną, wzrost i inne cechy fizyczne i psychiczne, a nawet charakterologiczne. Przy całej dynamice rozwojowej w okresie życia płodowego – aż do późnej starości, powstały przy zapłodnieniu kod genetyczny będzie wyrażał zawsze tę samą indywidualność, która jest od razu w pełni i wyłącznie ludzką. Przed i po porodzie rozwinie się jedynie to, co w tej pierwszej chwili zostało zapoczątkowane jako człowiek i człowiekiem pozostanie (zob. do tego parę urywków filmu z życia Małego Człowieka w łonie matki – kliknij tutaj: W 11 tygodniu Życia – jak i parę następnych ujęć Filmu-Zdjęć, tamże).
Jezus Chrystus, Syn Ojca Przedwiecznego, który stał się Człowiekiem w łonie swej dziewiczej Matki Maryi, stał się nim nie dopiero po urodzeniu, lecz w pierwszym momencie swego doczesnego zaistnienia: gdy „Słowo [= Druga Osoba Boża] stało się ciałem” (J 1,14). Z tym tylko, że w tym jedynym przypadku poczęcie dokonało się bez udziału mężczyzny. Sowo przecież jedynie zstąpiło z nieba! Poczęcie zaś sprawił w sposób Bogu wiadomy Duch Święty:
„Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1,35; por. MuD 17).
Niezależnie od tego, czy partnerzy przyjmą to do wiadomości, rozpoczęcie współżycia płciowego przecina wstęgę i wyzwala energię, która całym dynamizmem zdąża ku wzbudzeniu Życia. Z tą chwilą zaczyna wybijać dla nich ich rytm płodności, wyrażający się płodnością sprzężoną: jego i jej. Dziecko oczekuje od rodziców, że możliwość jego zaistnienia wezmą pod uwagę. Pragnie widzieć w nich rodziców, którzy założyli rzeczywiste gniazdo z ustabilizowaną własną więzią małżeńską. Chciałoby ono móc stwierdzić, że matka i ojciec prawdziwie się kochają, a nie tylko ‘korzystają’ ze swego ciała; a także, że kochają je – ich potencjalne dziecko. Pragnęłoby móc zobaczyć kiedyś rzeczywisty dzień swego rodowodu zanotowany na karcie obserwacyjnej cyklu swojej matki, z którego odczyta rytm płodności Matki i Ojca; oraz jakość ich więzi. Już to tylko potencjalne dziecko pragnie postawić im pytanie, czy je z miłością poczynają, czyli czy oddając się sobie, są otwarci na możliwość jego zaistnienia.
Kościół nigdy nie występuje ‘przeciw’ człowiekowi, względnie przeciw ‘miłości’, gdy o tym wszystkim będzie przypominał. To nie nawet Kościół jest tu tym pierwszym wołającym o opamiętanie i odpowiedzialność, lecz „prawe sumienie”: prawo moralne naturalne, głęboko wypisane w świadomość każdego – i każdej. Miłość będzie ‘sobą’ jedynie wówczas, gdy będzie odpowiadała prawdzie: będzie kochała kogoś „dla niego samego”. Tak bowiem, a nie inaczej, każdego z osobna „chce” sam Stworzyciel:
„W miłość małżeńską i rodzicielską wpisuje się ta prawda o człowieku, którą tak zwięźle ... wyraził Sobór [Watykański II] mówiąc, że Bóg ‘chce człowieka dla niego samego’. Trzeba, ażeby w to chcenie Boga włączało się ludzkie chcenie rodziców; aby oni chcieli nowego człowieka, tak jak go chce Stwórca. Ludzkie chcenie zawsze poddane jest prawu czasu, prawu przemijania. Boże – jest odwieczne” (LR 9).
Na tym tle ujawnia się z całą ostrością fakt, w obliczu którego nie mogą pozostać obojętni partnerzy decydujący się chociażby tylko na jednorazowe współżycie. Dziecko nie zaistnieje „na próbę”! Gdy nastąpi poczęcie, człowieka tego nie wymaże z historii już żadna siła na niebie i na ziemi.
– Tym samym jednak żadna okoliczność nie zwolni partnerów przedślubnych od dopracowania się wyczerpującej odpowiedzi na pytanie: czy wolno im posunąć się do aktu współżycia, a nawet kontaktu tylko niepełnego? Wtedy bowiem może nastąpić poczęcie – na pewno nie „na próbę”. Jeśli ci dwoje wbrew oczywistym argumentom uparcie tę możliwość ignorują, a jednocześnie uruchomiają ich odtąd sprzężnie funkcjonujący rytm płodności, trudno przyjąć, by ich współżycie miało nie być moralnie złe. Nie może ono nie być grzechem – obiektywnie ciężkim, bo skierowanym przeciwko miłości względem siebie, potencjalnego potomstwa, i Boga.
